Te wszystkie dyskusje sprawiły, że najważniejsza rzecz przeszła w zupełnym cieniu. Oba te modele dokonały prawdziwego generacyjnego przeskoku w jednym, niepozornym benchmarku nazwanym SRE-Bench.
Czym właściwie jest SRE-Bench? Większość popularnych testów sprawdza, czy model potrafi napisać nowy program od zera. Dostaje polecenie, pisze plik z kodem i dostaje ocenę. SRE to skrót od Software Reverse Engineering Benchmark,czyli inżynieria wsteczna oprogramowania. Benchmark sprawdza, jak agent radzi sobie z analizą skompilowanych programów bez dostępu do kodu źródłowego.
Większość komercyjnych firm technologicznych zarabia w modelu closed source. To oprogramowanie zamknięte, które stanowi ich główne źródło dochodu. Żeby chronić swoją własność intelektualną i uniemożliwić podejrzenie logiki biznesowej, programiści zamieniają czytelny kod w tak zwane binarki. Binarka to plik wykonywalny, ciąg instrukcji dla procesora. Człowiek nie przeczyta go jak zwykłego tekstu w edytorze. Przez lata skompilowany plik działał jak czarna skrzynka. Widać, jakie dane do niego wpadają i co z niego wychodzi, ale środek pozostawał bezpiecznie ukryty.
GPT-5.6-sol przy pierwszym podejściu osiągał wynik 16,7%. Claude Opus 5 zdobywał 12,5%.. GPT-6 Astra przy pierwszym podejściu osiągnęła wynik… 88%. Przy czwartym podejściu podbijała wynik nawet do 99,2%. [88% nie oznacza, że Astra odzyskuje poprawny kod źródłowy 88% analizowanych programów] W zarządach panował spokój, bo inżynieria wsteczna uchodziła za elitarną dziedzinę, zbyt skomplikowaną na możliwości modeli językowych. Ochrona własności intelektualnej wydawała się nienaruszona. Aż do premiery Astry.
Trzykrotny skok skuteczności w ciągu kilkunastu miesięcy pokazuje, że dotychczasowa bariera zniknęła. Maszyny nauczyły się czytać zamknięte programy... a dla firm żyjących ze sprzedaży oprogramowania oznacza to początek zupełnie nowej ery.
Oczywiście firmy nie przestaną nagle płacić za oprogramowanie i nie zaczną kopiować wszystkiego na własną rękę, chociażby z obawy o proces sądowy. Ponadto duży biznes płaci przede wszystkim za wsparcie, SLA i gwarancję, że ktoś odbierze telefon w środku nocy. Oprogramowanie pisane przez AI na razie tego nie zapewnia. Za to wśród twórców open source zawrzało niemal natychmiast.
Żeby nakreślić nowo tworzącą się rzeczywistość, chciałbym przedstawić wam historię jednego dewelopera i jego oprogramowania. Tego konkretnego programistę opłaty karne za anulowanie subskrypcji w Adobe zdenerwowały o jeden raz za dużo. Postanowił sprawdzić możliwości Claude Opus 5.5 i zaczął rozpracowywać funkcje komercyjnego pakietu. Nazwał swój projekt ArtCraft. W krótkim czasie powstały pierwsze wersje PhotoCraft, VectorCraft i FilmCraft. Czyli odpowiedniki Adobe Photoshop, Adobe Illustrator oraz Adobe Premiere. Wywołało to małe trzęsienie ziemi.
10 października TechRadar przetestował ten pakiet w praktyce. PhotoCraft ma działające warstwy i podstawowe narzędzia edycji, ale lista problemów okazała się długa. Autor poległ na precyzyjnym zaznaczaniu obiektów, sypał błędami przy plikach i psuł zapis w formacie PSD (natywny, autorski format Adobe). Z FilmCraftem poszło jeszcze gorzej. Program działał ociężale, rozjeżdżał ścieżki dźwiękowe, a autor testu nie mógł nawet skrócić klipu przez przeciągnięcie krawędzi na osi czasu.
ArtCraft daleko do zastąpienia Creative Cloud. Zrobienie dojrzałego, stabilnego oprogramowania nadal kosztuje ogromne pieniądze i czas. Jednak koszt stworzenia działającego prototypu zjechał niemal do zera.
Jest jednak bardzo ważna rzecz, o której dotychczasowo celowo nie wspomniałem. Stworzenie AirCraft nie odbyło się poprzez inżynierię wsteczną i analizę binarek. Sam autor nie jest amatorem. Brandon Thomas ma 15 lat doświadczenia, w tym pracę przy systemach płatniczych, robotyce i automatyce. I to jest sedno sprawy. Cały ten pakiet poskładał jeden człowiek z modelem językowym w wolnym czasie. Co się stanie, kiedy do tego samego zadania usiądzie zorganizowany zespół dwudziestu inżynierów z budżetem i jasnym celem?
Łatwo machnąć ręką na “amatorski” prototyp, ale zaraz obok pojawił się eksperyment na zupełnie inną skalę, bardziej odpowiadający temu artykułowi. W październiku 2026 roku Maurice Heumann opublikował wpis „500+ Billion Tokens Later: Letting AI Agents Decompile A First-Person Shooter”, gdzie opisał trzymiesięczny projekt rekonstrukcji gry. Dla każdego było dosyć jasne, że chodzi o Call of Duty: Modern Warfare 2, jedną z najbardziej znanych gier z gigantycznym budżetem. Heumann zaprzągł do pracy Claude Code, Codex i kilka narzędzi. Przepalił ponad pół biliona tokenów. Wynik? Agenci odtworzyli 99% funkcji. Co ważniejsze, 83% kodu dało się skompilować z powrotem do postaci maszynowej zgodnej z oryginałem w sprawdzanym zakresie. Mówimy o komercyjnym silniku 3D, zoptymalizowanym pod ułamki milisekund i pisanym latami przez setki programistów. Jeszcze większy zamęt może wzbudzić to, że koszt pół biliona tokenów możemy oszacować na około 92 000 - 105 000 dolarów po cenach API dostawców w podanej przez autora konfiguracji. Szacowany koszt produkcji Call of Duty: Modern Warfare 2 to 40-50 milionów dolarów.
Sprawa nie kończy się na aplikacjach biurowych. Większe pieniądze leżą w przemyśle i automatyzacji produkcji.
Na halach fabrycznych stoją linie technologiczne i obrabiarki spięte oprogramowaniem, które możemy określić po prostu skansenem. Czasem dostawca sprzętu dawno zniknął z rynku, a czasem za drobną zmianę logiki w sterowniku wystawia fakturę na kilkadziesiąt tysięcy euro i każe czekać trzy miesiące. Do tej pory ten kod był nietykalny. Zdolność modeli do czytania i rozpracowywania binarek oznacza, że inżynierowie mogą wreszcie zajrzeć do sterowników maszyn czy oprogramowania zarządzającego linią i dostosować je do bieżących procesów bez proszenia producenta o zgodę.
Ten sam mechanizm uderza w systemy ERP czy WMS. Każdy zarząd wie, ile budżetu i nerwów pochłania wdrożenie SAP-a. To środowiska z architekturą pamiętającą wczesne lata dwutysięczne, z topornymi ekranami i procesami tak sztywnymi, że fabryka musi latami naginać organizację pracy pod ograniczenia oprogramowania. Oczywiście SAP pozwala na modyfikacje. Ma ABAP, punkty rozszerzeń BAdI oraz integracje przez SAP BTP i API. Bariera leży w kosztach i skali. Dopisanie własnej logiki wymaga drogich, certyfikowanych konsultantów. Firmy tkwią w nich nie z zachwytu, tylko ze strachu. Przepisanie tysięcy reguł biznesowych powiązanych z magazynem i księgowością było do tej pory zbyt drogie i zbyt ryzykowne. Bardzo mało firm było stać na swoje własne rozwiązania, a często nie miały one po prostu finansowego sensu.
Teraz nikt nie musi wymieniać całego ERP.
Wystarczy odcinać pojedyncze, niewygodne moduły. Zastąpić drogie rozszerzenie, postawić własny interfejs dla pracowników i wypchnąć konkretny proces poza główny system. Ryzyko jest znikome w porównaniu z budową oprogramowania od zera. Przykładowo firma, która płaci krocie za toporny moduł raportowy albo specyficzny obieg zamówień, stawia własną aplikację podpiętą pod istniejące dane. Księgowość i stany magazynowe w SAP-ie zostają nietknięte. W tym scenariuszu nikt nie musi nawet dekompilować kodu. Dla budżetu skutek jest natychmiastowy. Lock-In technologiczny dostawcy będzie kruszył się powoli, moduł po module. Znika główny powód utrzymywania przestarzałej infrastruktury: przymus płacenia za system tylko dlatego, że działa, a zmiana byłaby zbyt kosztowna i ryzykowna.
Wynik, niezależnie od obranej ścieżki, będzie jeden - zmniejszenie zależności od dostawcy oraz ograniczanie kosztów.
Oczywiście nie oznacza to, że jutro można bezkarnie przepisać SAP-a albo wrzucić wygenerowany przez AI kod do sterownika obrabiarki. Nikt rozsądny nie zaryzykuje zatrzymania całej linii produkcyjnej. Wszystko wymaga testów. A im większe ryzyko, tym więcej testów należy przeprowadzić. Jednak nie każda zmiana wymaga ingerencji w system odpowiedzialny za bezpieczeństwo, a nie każdy proces biznesowy musi być realizowany wewnątrz drogiego oprogramowania.
W zarządach nikt nie powie tego głośno. To zbyt niewygodny temat dla dostawców oprogramowania. Oficjalnie korporacje przestrzegają licencji, boją się kar umownych i trzymają procedur compliance. Jednak w Polsce i w całej Unii Europejskiej prawo od dawna precyzuje granice analizy oprogramowania, więc inżynierowie nie muszą nic robić po cichu.
Polska ustawa o prawie autorskim daje konkretne uprawnienia:
- Art. 75 ust. 2 pkt 2 pozwala badać i testować działanie programu pod określonymi warunkami.
- Art. 75 ust. 2 pkt 3 dopuszcza dekompilację, jeśli jest potrzebna do zapewnienia współdziałania nowego programu z istniejącym systemem.
- Art. 76 ucina spory z dostawcami: zapisy umowne sprzeczne z tymi wyjątkami są po prostu nieważne.
Sama funkcjonalność programu, formaty danych czy język programowania nie podlegają ochronie prawnoautorskiej do programu komputerowego. Odtworzenie zachowania systemu pod własne potrzeby jest legalne. Prawdziwa zmiana dotyczy siły negocjacyjnej. Prawo do niezależnego rozwoju i interoperacyjności istniało w kodeksach od lat, tylko skorzystanie z niego kosztowało miliony i wymagało armii programistów. Modele językowe ścinają ten koszt. Kiedy dostawca wie, że klient może legalnie i tanio odciąć drogi moduł albo napisać własną integrację, kończy się dyktat cenowy przy kolejnym aneksie.
Największa zmiana prawdopodobnie nie będzie wyglądała spekakularnie. Nie będzie to porzucenie systemów SAP, Oracle czy oprogramowania przemysłowego z dnia na dzień. Będzie znacznie mniej widowiskowa. Jeden zastąpiony moduł, jeden własny interfejs, kolejna integracja ze starą maszyną. Aż pewnego dnia może okazać się, że firma płaci za ERP, ale połowa procesów już się z niego wyniosła. I właśnie tego powinni obawiać się dostawcy oprogramowania. Nie tego, że każdy klient stworzy własnego SAP-a, tylko tego, że przestanie potrzebować ich do każdej zmiany.
Jeśli w ciągu najbliższych lat na twoim biurku wyląduje kolejna umowa z dostawcą ERP albo integratorem maszyn, z długim okresem wypowiedzenia i sztywną opłatą za utrzymanie, zastanów się dwa razy, zanim złożysz podpis.
A kiedy dostaniesz fakturę na 50 000 złotych za dopisanie jednej funkcji, nie pytaj się, czy wskaźnik zwrotu z aktywów pozwoli na te inwestycje.
Zapytaj, czy w ogóle musisz zamawiać ją u tego dostawcy.